Nauczyciel z Pasją - pan Michał Krymarys

nauczyciel z pasją Michał Krymarys

Nauczyciel z pasją KWIECIEŃ
Bohater miesiąca - pan Michał Krymarys

Co wspólnego ma siatkówka, hip-hop i Robert de Niro ? 
O tym jak życie wieloma różnymi pasjami poszerza horyzonty, a nie ogranicza opowiada nam w tym miesiącu Pan Michał Krymarys.

Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportem i kiedy pojawiła się siatkówka jako coś więcej niż tylko aktywność fizyczna?
Moja sportowa historia zaczęła się od koszykówki. Jak wielu moich kolegów byłem pod ogromnym wrażeniem Michaela Jordana (tak, tego od butów NIKE) i to właśnie jego śladem chciałem podążać. Los jednak szybko napisał własny scenariusz. Mój tata, były sportowiec, zapisał mnie na siatkówkę. Na początku? Szczerze mówiąc nie byłem zachwycony. Ale z czasem coś zaczęło się zmieniać. Robiłem coraz większe postępy, pojawiała się satysfakcja, a razem z nią prawdziwa radość z gry. Kolejne treningi i mecze sprawiły, że siatkówka przestała być tylko formą ruchu. Stała się pasją, ważną częścią mojego życia. I tak już zostało sport towarzyszy mi do dziś.


Co sprawiło, że zdecydował się Pan zostać nauczycielem wychowania fizycznego?
Decyzja o zostaniu nauczycielem wychowania fizycznego? Trochę przypadek, trochę naturalna kolej rzeczy. Już w liceum grałem w drugiej lidze seniorskiej, więc wybór studiów związanych ze sportem był dla mnie oczywisty. Same studia poszły gładko, regularne stypendium tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że idę w dobrym kierunku. Tytuł magistra pedagogiki otworzył przede mną drzwi do zawodu, którego… wcale nie planowałem. Gdy pojawiła się informacja, że w Katoliku szukają nauczyciela, pomyślałem: czemu nie? W końcu to moja dawna szkoła. Spróbowałem i tak „na chwilę” zamieniło się w 18 lat.


Na pierwszy rzut oka WF i prowadzenie drużyny siatkarskiej to podobne zajęcia – co je w Pana odczuciu najbardziej różni?
Prowadzenie drużyny siatkarskiej i lekcje WF-u tylko z pozoru są podobne w rzeczywistości różnią się dość wyraźnie. Praca z drużyną to przede wszystkim specjalistyczne treningi, ukierunkowane na rozwój konkretnych umiejętności oraz przemyślaną taktykę. Tu wszystko jest bardziej dopracowane i nastawione na wynik oraz rozwój sportowy zawodników. Z kolei WF ma zupełnie inny charakter przede wszystkim ma bawić i rozwijać wszechstronnie. Na zajęciach pojawia się różnorodność: raz koszykówka, innym razem piłka nożna, trochę piłki ręcznej, lekkoatletyka i cały „miszmasz” ruchu. Oczywiście, jeśli dana klasa szczególnie polubi jakąś dyscyplinę, to poświęcamy jej więcej czasu, a inne schodzą trochę na dalszy plan. 
Co daje Panu trenowanie drużyny, czego nie daje prowadzenie lekcji WF?
Trenowanie drużyny daje mi coś, czego nie zapewnia prowadzenie lekcji WF-u przede wszystkim realną walkę o wynik sportowy. W pracy z zespołem skupiamy się na osiąganiu konkretnych celów, przygotowaniu do zawodów i rywalizacji na jak najwyższym poziomie, w zależności od rangi rozgrywek. Jako trener drużyny siatkarskiej miałem okazję m.in. trzykrotnie zdobyć Mistrzostwo Polski Uczelni Medycznych, co daje ogromną satysfakcję i poczucie, że wspólna praca całego zespołu przynosi konkretne rezultaty. Z kolei z naszą szkolną drużyną siatkarek zajęliśmy 4. miejsce w Mistrzostwach Łodzi, co uważam za świetny wynik, choć do dziś mam poczucie, że naprawdę niewiele zabrakło, żeby stanąć na podium. Szkoda :(


Czy jako trener może Pan pozwolić sobie na więcej swobody niż jako nauczyciel? W jakim sensie?
Myślę, że w obu tych rolach potrzebna jest pewna równowaga między dyscypliną a luzem. Zarówno na lekcjach WF-u, jak i podczas treningów zdarzają się momenty, kiedy można pozwolić sobie na więcej swobody to pomaga budować dobrą atmosferę i sprawia, że sport daje więcej radości. Różnica polega jednak na charakterze grupy. W szkole pracuję z dziećmi i młodzieżą, więc muszę zwracać szczególną uwagę na sposób komunikacji, język i podejście muszą być odpowiednio dopasowane. Z kolei jako trener drużyny seniorskiej mam nieco większą swobodę i relacje są inne, a zawodnicy są bardziej doświadczeni. Czasami mogę pozwolić sobie na bardziej zdecydowaną reakcję czy mocniejsze słowa, żeby zmotywować zespół i utrzymać odpowiedni poziom zaangażowania.
Czy pasja do siatkówki wpływa na to, jak prowadzi Pan lekcje WF-u?
Zdecydowanie tak, pasja do siatkówki ma duży wpływ na to, jak prowadzę lekcje WF-u. Staram się „zarazić” uczniów tym, co sam lubię, więc siatkówka dość często pojawia się na zajęciach. Jednocześnie pamiętam, że WF powinien być różnorodny i rozwijać uczniów wszechstronnie, dlatego nie ograniczam się tylko do jednej dyscypliny. Jeśli jednak widzę, że dana klasa dobrze czuje się w siatkówce i sprawia im ona radość, to naturalnie poświęcam jej więcej czasu. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby uczniowie czerpali przyjemność z ruchu i chcieli być aktywni.


Jakie wartości ze sportu stara się Pan przekazywać uczniom na co dzień?
Często proszę uczniów, aby sami sędziowali i potrafili przyznać się do błędu czy faulu. Wpajam także zasadę fair play, a to uczy ich uczciwości, odpowiedzialności i szacunku do innych. Co ważne to naprawdę działa. Widzę, że uczniowie coraz częściej zachowują się w ten sposób naturalnie, bez przypominania. W takich momentach jestem z nich naprawdę bardzo dumny, bo pokazują, że sportowe wartości przekładają się na ich codzienną postawę. 
Czy uczniowie inaczej postrzegają nauczyciela, który sam aktywnie trenuje i prowadzi drużynę?
Oj, zdecydowanie tak. Uczniowie zupełnie inaczej patrzą na nauczyciela, który sam jest aktywny i dodatkowo jest trenerem. Są też takie momenty, kiedy mimo upływu lat wciąż potrafię dobrze wypaść w niektórych dyscyplinach rywalizując z młodzieżą i myślę, że to robi na nich wrażenie. Dzięki temu zyskuję w ich oczach wiarygodność, a motywowanie ich do pracy przychodzi znacznie łatwiej. No i jest jeszcze jeden, całkiem namacalny argument: nie dorobiłem się brzucha. To chyba najlepszy dowód na to, że naprawdę warto się ruszać.


Czy doświadczenie trenerskie pomaga lepiej motywować uczniów mniej zainteresowanych sportem?
Tak, dzięki doświadczeniu trenerskiemu łatwiej jest mi dotrzeć także do tych uczniów, którzy na początku nie są szczególnie zainteresowani sportem. Przez dwa lata prowadziłem po lekcjach u nas w szkole, drużynę siatkarską Resursa Łódź i widziałem, jak wielu uczniów „złapało bakcyla”. Część z nich zaczęła interesować się siatkówką jako kibice, to było bardzo miłe widzieć ich na trybunach, dopingujących w zielonych koszulkach. Dziś ci sami uczniowie świetnie radzą sobie z tak trudną dyscypliną, jaką jest siatkówka. To dla mnie najlepszy dowód na to, że odpowiednia motywacja, cierpliwość i systematyczna praca naprawdę przynoszą efekty.


Czy prowadzenie drużyny jest dla Pana formą odpoczynku od pracy szkolnej, czy raczej jej przedłużeniem?
Prowadzenie drużyny to kawał ciężkiej roboty i potrafi człowieka nieźle „wycisnąć jak cytrynę”. Często czuję się po treningach konkretnie wyeksploatowany, ale na szczęście to taki wysiłek, który szybko się zwraca. Wystarczy spojrzeć na wynik, zobaczyć progres, założyć medal i nagle poziom energii wraca do normy. Czyli w skrócie: męczy, ale też uzależnia na szczęście w dobrym tego słowa znaczeniu.


Jak udaje się Panu zachować równowagę między obowiązkami nauczyciela, trenera a także głowy rodziny?
Często mam wrażenie, że wcale mi się to nie udaje zwłaszcza gdy niespodziewanie pojawiają się nowe obowiązki. To duże wyzwanie, by sprostać wszystkim sprawom. Staram się nie narzekać, choć bywa naprawdę trudno.


Czy dzieci podzielają Pana pasję do sportu?
Powiedzmy, że… częściowo i na własnych zasadach. Synowi nie udało mi się sprzedać miłości do sportów zespołowych. Za to świetnie dogadujemy się przy kajakach, górskich wędrówkach, rowerowych wycieczkach czy snurkowaniu, gdzie wspólnie podglądamy podwodny świat. Z córką mam natomiast „łatwiejszą robotę” choć ma niecale 7 lat, już gra ze mną w siatkówkę i piłkę nożną, świetnie biega i zdążyła już dostać się do szkoły sportowej, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Często zabieram ją na treningi AZSu Umed Łódź, czuję, że drzemie w niej spory potencjał. Ja w każdym razie planuję być jej najwierniejszym kibicem. Podsumowując jestem dumnym ojcem wspaniałej dwójki dzieciaków, nawet jeśli każde z nich uprawia sport… po swojemu.
Jak bycie ojcem dwójki dzieci wpływa na Pana podejście do młodzieży i sportu?
Ojcostwo to chyba najlepszy kurs trenerski 🙂 Dzięki dzieciom szybciej zrozumiałem, że każde młode „zawodnicze” serce działa trochę inaczej. Patrząc na własne dzieci widzę, jak różne mogą być drogi do aktywności syn pokazał mi, że sport to nie tylko rywalizacja zespołowa, ale też wspólne wyprawy, ruch i frajda bez wyniku. Z kolei córka przypomina mi, jak ważne jest wsparcie, kiedy pojawia się talent i lekkość doskonaleniu się. Dzięki temu w pracy z młodzieżą mam więcej cierpliwości i dystansu. Staram się przede wszystkim zauważać człowieka jego tempo, charakter i to, co go naprawdę motywuje. No i wiem jedno: czasem lepszy efekt daje uśmiech i dobre słowo niż najbardziej „profesjonalne”ćwiczenia.


Czy uważa Pan, że pasja – nawet tak bliska pracy – daje coś więcej niż sama praca zawodowa?
Zdecydowanie tak. Jak mówi znane powiedzenie: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”. I coś w tym jest, choć uczciwie dodam, że czasem jednak człowiek się zmęczy… tylko jakoś tak przyjemniej 
Czy poza siatkówką ma Pan jakieś inne pasje? Co robi Pan Krymarys gdy schodzi z boiska?
Oj, całkiem sporo można powiedzieć, że po wyjściu z hali sportowej zaczyna się moja druga zmiana 🙂 Uwielbiam podróże, zarówno po Polsce, jak i za granicą. W zależności od pory roku przesiadam się na rower, narty albo… płetwy. Lubię też stare filmy zwłaszcza gangsterskie z De Niro w roli głównej i science fiction np. Interstellar, kocham też Brada Pita i Edwarda Nortona za Fightclub więc jeśli ktoś szuka kompana do wieczornego seansu, to jestem gotowy. Do tego dochodzi muzyka (filmowa, rock, hiphop), a już wkrótce wybieram się z żoną na koncert Kaliber 44 upamiętniający śp. brata Joki (znam ich sporo tekstów na pamięć: jak na teraz odpowiedź jest w sześciu literach, po bajerach. Ciąży, krąży igła wokół rowka, aż skład się wreszcie namyśli. To H.I.P myślnik H.O.P. Kropka."). 
No i uwielbiam dobrze, choć czasem nie zdrowo zjeść, szczególnie jeśli na talerzu pojawia się ostra pizza.


Czy jest Pan człowiekiem spełnionym? Szczęśliwym? Co na to wpływa w największym stopniu?
Patrząc na to wszystko, chyba nie wypada narzekać 🙂 Mam wspaniałą rodzinę, piękną żonę, dwoje dzieci, które… nawet lubię (co wcale nie jest takie oczywiste na co dzień 😉). Do tego fajny dom, ogródek, a nawet własny warzywniak. Sportowo też miałem sporo powodów do satysfakcji. Grałem zawodowo  w pierwszej i drugiej lidze, przez kilka lat byłem reprezentantem Polski w siatkówce plażowej, wygrałem trochę turniejów rangi Mistrzostw Polski, a część moich pucharów można zobaczyć w gablocie na korytarzu w LO. Udało mi się też zdobyć tytuł mistrza Polski, zmierzyć się z mistrzami świata oraz olimpijskimi czyli, mówiąc skromnie, zdarzało mi się grać w całkiem „przyzwoitym” towarzystwie. Więc tak czuję się spełniony i szczęśliwy. Najbardziej cieszy mnie to, że mam z kim dzielić te wszystkie sukcesy i codzienne (często bardziej wymagające niż trening ) chwile.


Jakie jedno zdanie może stanowić puentę naszej rozmowy a zarazem przesłanie dla uczniów/nauczycieli?


Czasem pasja tak się rozkręca, że zamiast hobby robi się z niej etat, na szczęście taki, z którego nie chce się brać urlopu.


I to jest chyba największy przepis na szczęście w życiu. Dziękuję za rozmowę.